Aleksandra, 55 lat
Aleksandra była u lekarza, kiedy Rafał odebrał sobie życie. Tworzyli małżeństwo przez 24 lata. Doczekali się trójki dzieci. To ona znalazła męża w domu. Mimo że Rafał od kilkunastu lat chorował na depresję i Ola wiedziała, że nadszedł kolejny kryzys, jego samobójcza śmierć była dla niej najgorszym dniem w życiu. To, co uderzyło 50-latkę, to reakcja otoczenia. Już pierwsze minuty żałoby Aleksandry były udręką. Sąsiedzi zbiegli się na widok karetki i wozów policyjnych, bezpardonowo dopytując o szczegóły śmierci. Potem nie było wcale lepiej. Najbliższa rodzina bardzo ją wspierała, ale dalsze otoczenie nie miało oporów, aby komentować jej życie, często przy tym raniąc.
- Emocją wdowy jest poczucie wstydu. W moim przypadku to było n-krotne poczucie wstydu, dlatego że mój mąż popełnił samobójstwo. Istnieje coś takiego, jak piętnowanie wdowy – obserwowanie, co ona zrobi ze swoim życiem po śmierci partnera. „Czy ona sobie poradzi z żałobą?”, „czy ona dobrze wychowa dzieci?”, „czy ona znajdzie sobie teraz innego mężczyznę?”, „kiedy to zrobi?”. I jakiekolwiek potknięcia w tych tematach są piętnowane. I to nie jest takie zwykłe potknięcie. Potknięcie wdowy zawsze zostanie ocenione, skontrowane. Jest w naszym społeczeństwie jakieś takie większe uzurpowanie sobie prawa do komentowania tego, co się dzieje w życiu wdowy niż w życiu zwykłej singielki czy żony. Bo w historii tej wdowy zawsze jest coś interesującego, coś wyzwalającego emocje.
Ola nie ukrywa, że trudno jest odbudowywać siebie na nowo, kiedy masz wrażenie nieustannej oceny swoich poczynań. Jakiekolwiek działania filtrowane są przez sito wdowieństwa.
- Jak wdowa wygląda za dobrze, to nie jest to pozytywnie oceniane. Jak płacze w czyimś odczuciu za długo, to człowiek daje sobie przyzwolenie na to, żeby to komentować i wyznaczać wdowie granice smutku. A jak kobieta po stracie w ogóle nie chodzi na cmentarz, a ma do tego bezwarunkowe prawo, bo żałoba to indywidualne doświadczenie, to też coś z nią jest nie tak w oczach społeczeństwa.
Aleksandra nie ukrywa też, że śmierć męża była pewnego rodzaju testem z empatii dla najbliższego otoczenia rodziny. Którego oni, nie wszyscy, ale w dużej części, nie zdali.
- Siła rażenia śmierci samobójczej jest ogromna – miałam wrażenie, że jesteśmy workiem treningowym dla innych. Wszyscy, którzy chcieli się pożalić i poumartwiać nad śmiercią mojego męża, swój ból i cierpienie wylewali na mnie i córki. Zamiast wspierać, pogłębiali nasz smutek. Wspominanie męża zawsze ukierunkowane było na cierpienie, które oni przeżywali, a nie my. Wszystko, co mówili, było o nich. To było licytowanie się na żałobę – kto bardziej cierpi i kto doświadczył większej straty.
Niesamowite wsparcie Ola zyskała natomiast niespodziewanie wśród dalszych krewnych.
- Mimo że mieszkali daleko, utrzymywali z nami stały kontakt telefoniczny. Pytali, jak się mamy, jak się czujemy z córkami. Non stop nas do siebie zapraszali. Mieszkają w górach, więc było to dla moich córek wybawieniem – możliwością zmiany klimatu i wytchnienia od trudnej rzeczywistości. Mogły oderwać się od naszej codzienności i spędzić czas w otoczeniu ludzi, którzy je wspierali i jeśli przywoływali temat taty, to jedynie w postaci śmiesznych anegdot z jego życia. Mimo że sami cierpieli, maksimum uwagi przekierowali na to, żeby przywrócić radość do naszego życia.
Pierwsza myśl o tym, że czuje się samotna i znów chciałaby cieszyć się pełnią życia, przyszła około rok po śmierci męża. Ola zorganizowała w domu przyjęcie dla jego najbliższych przyjaciół. Można powiedzieć, że symbolicznie zakończyła żałobę. Ale po tym, jak znajomi wyszli, poczuła niesamowitą pustkę. Był grudzień, ciemno i zimno, wieczory dłużyły się w nieskończoność. Osobą, która jako pierwsza zmotywowała Aleksandrę do otwarcia się na nowych ludzi i wyjście z samotni, była najstarsza córka. To ona założyła jej konto na Tinderze i powiedziała, że Ola musi kogoś poznać.
- Mnie też po śmierci męża bardzo brakowało mężczyzny. I nie mam na myśli tutaj tylko aspektu cielesnego. Chodzi o męskie ramię, na którym możesz się wesprzeć. Zostałam w domu sama z trzema córkami. Więc byłyśmy przepełnione wyłącznie tą kobiecą energią i brakowało zwykłej równowagi, jaką wprowadza do domu mężczyzna. Dużym wsparciem okazał się mój tata, ale to jednak był ojciec, a nie partner, z którym stawiasz czoła codziennym życiowym wyzwaniom.
Aleksandra szczerze przyznaje, że początkowo w ogóle nie myślała o wchodzeniu w jakikolwiek związek. Chciała „wyszarpać” od życia chociaż trochę radości.
- To były czasy covidu, wszystko zamknięte, więc jedyną opcją było spotykanie się z mężczyznami podczas spacerów z moim psem. I tak to działało. Jestem bardzo analityczna. Wiedziałam, że jak pójdę na 30 takich spacerów, to w końcu trafię na kogoś przyzwoitego. Czy myślałam wtedy o poważnej relacji? W żadnym wypadku. Chciałam po prostu znowu się uśmiechać. Wpuścić do życia trochę kolorytu, bo od ponad roku tylko pracowałam, ogarniałam dom i odwiedzałam cmentarz. Powiem szczerze, że nigdy nie przypuszczałam, że na takim portalu randkowym poznam aktualnego już męża.
Ola poznała Marcina półtora miesiąca po założeniu aplikacji randkowej. Spotkali się na spacer w zimny, lutowy dzień. Mężczyzna już na pierwszym spotkaniu wzbudził w niej ciepłe uczucia. Po kilku miesiącach randkowania zdecydowali, że chcą dać sobie szansę na poważnie. Wtedy Ola jeszcze nie wiedziała, jakim wsparciem mężczyzna okaże się niecałe trzy lata później.
Aleksandra zwraca również uwagę na ważny aspekt wdowieństwa, jakim są potrzeby seksualne kobiety po stracie. Aktywność seksualna często jest utożsamiana z witalnością i pełnią życia. Dlatego informacja, że wdowa nadal odczuwa potrzebę fizycznej bliskości i czerpie z życia radość, może wydawać się społeczeństwu czymś nietypowym i niepasującym do jej sytuacji. W powszechnym przekonaniu wdowa powinna raczej pogrążać się w żałobie i wspominać zmarłego partnera, a nie zakładać konto na Tinderze i umawiać się na randki.
- Człowiek ma stałego partnera seksualnego od X lat i nagle zostaje w celibacie. To jest też bardzo trudne. I jak mam być szczera, to zakładając Tindera, miałam gdzieś w podświadomości, że jako kobieta mam swoje potrzeby seksualne. Może nie werbalizowałam tego, nie obnosiłam się z tym, ale jestem w stanie przyznać, że ten aspekt na pewno też krążył w mojej głowie.
Kiedy Ola coraz częściej zaczęła pojawiać się w towarzystwie Marcina, zaczęły do niej docierać niemiłe komentarze. Najbliższa rodzina i przyjaciółki bardzo jej kibicowały, ale dalsi znajomi i sąsiedzi z ciekawością zakrawającą bardziej o bycie wścibskim, nie stronili od zadawania pytań i wyrażania przy tym swoich opinii.
- Im ktoś mniej był zaangażowany w moje życie, tym szybciej pozwalał sobie na bolesne dla mnie komentarze. „Podobno kogoś poznałaś? U nas to się mówi, że się powinno tak z 5 lat poczekać”. To często były też takie bezosobowe komentarze. Bo tak naprawdę mało kto ma odwagę powiedzieć ci coś takiego w twarz. Dochodziły też do mnie plotki na mój temat, że „może nie kochałam swojego męża, skoro już mam następnego” albo „że szybko się pocieszyłam”. Im bliżej ktoś mnie znał, tym był bardziej wspierający. A jeśli ktoś znał mnie tylko z widzenia, ze słyszenia, tym częściej miał odwagę wydawania takich krytycznych osądów albo wkładania tego w jakiejś stereotypy pt. „wdowie to nie wypada tak szybko wchodzić w nową relację”.
W momencie, kiedy Aleksandra odnalazła swoją bratnią duszę i powoli układała swoje życie na nowo, spadł na nią kolejny cios. Jej 21-letnia córka, tak samo jak cztery lata wcześniej ojciec, odebrała sobie życie. Ola od dawna wiedziała, że córka mierzy się z problemami psychicznymi. Użyła wszystkich dostępnych metod, aby wyrwać ją ze szponów depresji.
- Mimo moich starań, bo bardzo wcześnie wyłapałam ten kryzys u niej, nie udało się jej uratować. Była w szpitalu psychiatrycznym, chodziła na terapie, brała leki. Ale po prostu nie potrafiła dalej żyć. I myślę, że gdyby nie pomoc mojego już aktualnie drugiego męża, byłoby mi w tym czasie bardzo trudno.
Ola jest również niezwykle wdzięczna za dojrzałość, z jaką jej córki podeszły do nowego związku mamy. Zamiast kwestionować decyzję Aleksandry, dziewczyny okazały pełne wsparcie i zaakceptowały jej wybór, co nie jest takie oczywiste w przypadku dorosłych dzieci będących w podobnej sytuacji. Ola uważa, że pomocne było w tym na pewno taktowne i pełne zrozumienia zachowanie Marcina.
- Bardzo chcę pochwalić Marcina, który „znał swoje miejsce”. Nie wszedł w rolę ojca i nie zaczął wychowywać córek tylko starał się być dla nich wsparciem. Nie tworzył presji jako partner (a teraz mąż), że powinien być traktowany jak ojciec. I za to go bardzo szanuję, myślę, że moje córki też. Przy takim podejściu nowego partnera i miłości odnalazłam we własnych dzieciach ogrom wsparcia, a nie zaprzeczenie i negację zmian, jakie zaistniały w naszym życiu, co traktuję jako osobisty sukces.
Dziś Aleksandra i Marcin są już małżeństwem. Pobrali się rok temu, organizując huczne przyjęcie. Ola z córkami ustaliły, że na weselu nie będą wspominać zmarłych męża i ojca oraz córki i siostry. Stwierdziły, że będzie to celebracja szczęścia i radości, bo nikt tak jako one nie wiedzą, jak krótkotrwałe są to chwile.
- Całe otoczenie może próbować nas, wdowy, uszczęśliwić. Szukać nam partnera, układać życie na nowo. Ale jeżeli my same w sobie nie zapoczątkujemy tej zmiany, to nikt nas do tego nie zmusi. Czasami wydaje mi się, że wdowy mogą szukać partnera, bo czują niesamowitą pustkę w życiu. Wydaje mi się jednak, że najpierw trzeba zrobić na to przestrzeń w środku siebie. To nie musi być bardzo dużo miejsca, wystarczy drobna szczelina, przez którą wpuścimy trochę słońca.
Marta, 38 lat
Telefon z informacją o tym, że Piotrek nie żyje, wyrwał Martę ze snu w środku nocy. Mężczyzna zginął w wypadku samochodowym. Miał 45 lat. Ich historia miłosna jest trochę filmowa. Ona po studiach przeprowadza się do Kanady i już po kilku dniach na rodzinnej imprezie poznaje starszego o 12 lat Polaka. Przegadują ze sobą cały wieczór i kończą dzień z poczuciem, że poznali miłość swojego życia. Jest związek, ślub, wspólne plany i narodziny syna. A potem Piotrek umiera.
Pierwszego poczucia braku zrozumienia ze strony otoczenia Marta doznaje już kilka dni po informacji o śmierci męża. Do drzwi ówczesnej 33-latki puka sąsiadka. Zaprzyjaźniona z rodziną kobieta już od progu opłakuje Martę i w dość pokraczny sposób próbuje ją pocieszyć, podkreślając, że ona w tym wieku też została wdową i do tej pory jest sama.
- Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie to „czemu do cholery ta kobieta mi to mówi? Ja też będę sama do końca życia?”. To zdecydowanie nie była ta reakcja i forma pocieszenia, jakiej wtedy potrzebowałam. Powiem więcej. Od tej pory poczucie, że nie mam szansy ułożyć sobie życia z kimś innym towarzyszy mi cały czas.
Marta po niecałym miesiącu wraca do pracy. Od szefowej słyszy, żeby się nie martwiła, musi tylko poczekać rok i przygnębienie minie.
- Te słowa niesamowicie mnie zabolały. W moim życiu wydarzyła się największa tragedia, a ktoś obcy sprowadza ją do ramy czasowej, jakby to była dwutygodniowa choroba zakaźna.
Marta uważa, że jej doświadczenie żałoby znacznie odbiega od powszechnie przyjętej definicji tego stanu. Podkreśla, że każdy przypadek jest indywidualny, ale ona sama nie miała czasu na duchowe przeżywanie żałoby, jak to często jest opisywane. Dla niej liczyło się tu i teraz: uporządkowanie spraw po nagłej śmierci męża oraz opieka nad synem, który był równie zdezorientowany jak ona.
- Dla mnie słowo „żałoba” wiąże się tylko z biurokracją. Trzeba pozamykać wszystkie sprawy, dowiedzieć się, co wymaga w ogóle podjęcia takich działań. Nie spodziewaliśmy się przecież, że Piotrek już nigdy nie wróci do domu. Do tego dochodzi zaopiekowanie się dzieckiem, które traci ojca. Nie masz czasu pomyśleć o sobie, a co dopiero przejść żałobę i pamiętać przy tym, żeby zamknąć się w rok z opłakiwaniem straty, bo jak to powiedziała moja szefowa, „potem już ma być ok”.
Po długim czasie w głowie Marty zaczęły kiełkować myśli, że jeśli pojawiłaby się ta odpowiednia osoba, to byłaby gotowa zaryzykować otwarciem się na nową relację. Szybko jednak refleksje te zastępowała myśl, że jest jeszcze na to za wcześnie.
- Jechałam na cmentarz do Piotrka i myślałam sobie „Jezu i ja mam tu z moim nowym facetem przyjeżdżać teraz do ciebie?”. Dziś już wiem, że nie było przecież w tym nic złego, ale wtedy ta myśl paraliżowała mnie i nie pozwalała ruszyć dalej ze swoim życiem. Cały czas miałam z tyłu głowy, że „jeszcze nie powinnam”, „jeszcze jest za wcześnie”.
Marta mówi, że czas po śmierci Piotrka był sinusoidą emocjonalną. Z jednej strony czuła się gotowa wejść w związek, chwilę potem stwierdzała, że to jeszcze nie czas. Nie pomagały w tym również opinie koleżanek.
- Miałam kiedyś rozmowę z koleżanką o znajomej, która niedawno straciła męża. Zmarł na raka po kilku latach choroby. „Czaisz, że ona po pół roku znalazła sobie faceta?” – powiedziała Julia z oburzeniem w głosie. Inna koleżanka z niedowierzaniem opowiadała, że jej ciotka już kogoś ma, choć niedawno pochowała męża. „Ja nie mogę! 5 miesięcy temu zmarł jej mąż, a ona się już z kimś spotyka”. Wtedy naszła mnie smutna refleksja, że społeczeństwo nie pozwala wdowom cieszyć się na nowo, jeśli nie wpisują się w określoną ramę czasową, która rzekomo dopuszcza ich do ponownego wejścia w relację. Istnieje przekonanie, że mamy prawo oceniać czyjś status żałoby i decydować, kiedy mogą podjąć nowe działania. Nie ukrywam, że te pełne zdziwienia, a nawet oburzenia słowa nie pomagały w procesie wychodzenia do ludzi i otwierania się na nowe znajomości. Nieustannie czułam, że ja też mogę stać się bohaterką takich „sensacyjnych” opowieści, w których ośmielam się wejść w nową relację, a „przecież dopiero pochowałam męża”. Dlaczego ludzie tak łatwo przyklejają etykietki i nieświadomie krzywdzą wdowy? Docierały do mnie plotki, że ludzie dyskutują na mój temat. Dywagują, ile już jestem sama, czy już kogoś mam i co dalej ze mną będzie.
Marta przyznaje, że tym, co bardzo jej pomogło była świadomość, że jeszcze za życia Piotrka rozmawiała z nim o układaniu sobie życia po śmierci któregokolwiek z nich.
- Wiem teraz, że gdybym kogoś poznała, to Piotrek byłby szczęśliwy. Z racji tego, że był ode mnie 12 lat starszy, to często mówił mi, że on pewnie pierwszy odejdzie z tego świata i życzy mi, żebym znalazła sobie dobrego partnera. Wtedy irytowały mnie te teksty i nie dopuszczałam takiej myśli do siebie, dziś jestem mu wdzięczna za te słowa. Pozwalają zrzucić ciężar, który pojawia się na moim sercu za każdym razem, kiedy myślę, że powinnam do końca życia być sama.
Pomocna w dochodzeniu do siebie i otwieraniu się na nowe relacje była również postawa najbliższych członków rodziny.
- Najbliższa rodzina: mama, tata, siostra i brat bardzo mi kibicują. Zachęcają „ściagnij Tindera”. Ale ja nie mam odwagi założyć aplikacji randkowej. Ciągle towarzyszy mi strach, że zobaczy mnie tam ktoś znajomy. Wiem, że to dziwny lęk, ale ogłoszenie światu, że jestem chętna na poznanie kogoś w aplikacji, jakoś mnie zawstydza. Boje się, że znajomi będą oceniać to, że próbuję sobie kogoś znaleźć w ten sposób. Pewnie, że chciałabym kogoś poznać. Ale raczej w powiedzmy „klasyczny” sposób. A to nie takie łatwe. Nawet kiedy zaczęłam wychodzić po jakimś czasie z grupą znajomych, czyli stwarzać sytuacje, w których mogę kogoś poznać, wciąż czułam na sobie łatkę „tej wdowy, której mąż zginął”.
Marta podkreśla, że jednym z bolesnych uczuć, które towarzyszyły jej jako wdowie, była izolacja społeczna wynikająca z tej sytuacji. Znajomi, chcąc uniknąć poruszania tematu śmierci męża, nieświadomie przyczyniali się do jej poczucia wyobcowania.
- Nawet kiedy przebywałam w gronie znajomych i wypowiadałam się na temat związku, nawiązywałam do siebie i Piotrka, oni natychmiast ucinali temat. Myślę, że po prostu nie potrafili udźwignąć tej sytuacji i nie wiedzieli, jak się zachować, ani co powiedzieć, ale odbijanie się od ściany milczenia, kiedy tylko napomknęłam o jakiejkolwiek relacji, upewniało mnie w tym, że ten rozdział został w moim życiu zamknięty. Społeczeństwo nie daje mi nawet prawa wypowiedzi w tym temacie, to jak mam otworzyć się na wejście w relację i pokazanie jej światu? Był nawet taki moment, że zmieniłam pracę i specjalnie nie powiedziałam, jak wygląda moje życie prywatne, bo chciałam chociaż przez chwilę znów należeć do „zwykłego” świata, a nie grupki smutnych wdów. Po jakimś czasie podczas rozmowy wyszło, że mój mąż zginął. Od tej pory znów spotkałam się z towarzyskim wykluczeniem z tematów związkowych, a znajomi z pracy za wszelką cenę unikali wciągania mnie w takie rozmowy. A przecież wdowieństwo to nie choroba. Nie trzeba aż tak bać się o tym rozmawiać.
Marta nie pamięta dokładnie, kiedy przyszła nowa gotowość na związek, za to doskonale potrafi wskazać czas, w którym dopadła ją dojmująca samotność. Było to w momencie, kiedy wspólnie z synem wyprowadzili się od jej rodziców, gdzie zamieszkali tuż po wypadku Piotrka.
- Kuba był jeszcze w szkole, ja wróciłam do pustego mieszkania i przeraziła mnie ta cisza, która w nim panowała. Wtedy zakiełkowała we mnie myśl, że dłużej tak nie mogę. Owszem, strach przed otworzeniem się na drugiego człowieka i oceną innych jest duży, ale nie chcę tracić życia i odmawiać sobie możliwości bycia szczęśliwą i kochaną. Stwierdziłam, że teraz mam już na tyle odwagi, żeby wejść w nowy związek i pokazać go całemu światu. Że ja też mam prawo żyć tak, jak chcę, a nie tak, jak wypada.
Marta otrzymała duże wsparcie od siostry zmarłego męża. To ona jako pierwsza powiedziała coś, co dało jej pewność, że zasługuje na szczęście niezależnie od tego, czy jest wdową, czy nie.
- To ona jako pierwsza odważnie zaznaczyła, że śmierć Piotrka nie kończy mojego życia uczuciowego i to normalne, że jeszcze się z kimś zwiążę. „Jesteś młoda, jeszcze będziesz mieć faceta, masz mi go koniecznie przedstawić!” – mówiła. Tak bardzo potrzebowałam, żeby ktoś inny niż ja wypowiedział to na głos. Żeby społecznie potwierdził mój status bycia nie wdową, mamą, ale po prostu kobietą zasługująca na miłość.
Marta do tej pory nie zdecydowała się wyjść na randkę z prawdziwego zdarzenia. Wciąż czuje w sobie blokadę.
- Minęło już pięć lat, ale jeszcze nie byłam na takiej prawdziwej randce. Mam kumpla z liceum, z którym zawsze dobrze mi się rozmawiało. Piotrek wiedział o tej relacji i nie miał nic przeciwko, bo to czysto koleżeńska znajomość. Od czasu do czasu spotykałam się z nim, kiedy przyjeżdżałam do Polski, ale kiedy standardowo umówiłam się z nim na spotkanie podczas kolejnego urlopu, poczułam się dziwnie. To nie była nawet randka, a ja już poczułam się trochę tak, jakbym zdradzała nieżyjącego męża. Musiało upłynąć znowu trochę czasu zanim sama przed sobą dałam sobie przyzwolenie na to, że mogę myśleć o randkowaniu. Wciąż nie zaczęłam tego robić, bo muszę jeszcze popracować nad poczuciem własnej wartości. Ono też oberwało w całej tej historii. Nie czuje się na tyle pewna siebie, atrakcyjna, żeby móc znów wejść w relację.
Marcie nieustannie towarzyszy też lęk o to, co pomyślą znajomi, kiedy otwarcie przyzna przed nimi, że chciałaby znowu z kimś się spotykać.
- Boję się, że mogłabym być wyśmiana przez otoczenie, że ja w ogóle jestem chętna, żeby kogoś poznać. Niby mam już to przepracowane i mówię sobie, że nie przejmuje się opinią innych, ale z tyłu głowy zawsze jest ten jeden procencik, że ktoś to negatywnie skomentuje. Czy opóźniałam otwarcie się na nową relację? Na pewno. Dla mnie to jest niewiarygodne, że minęło już 5 lat, odkąd jestem sama. Na co dzień o tym nie myślę, nie przeliczam tych dni, ale kiedy rzeczywiście pomyślę, jak wygląda moje życie od kilku lat – ta liczba robi na mnie wrażenie. Za dużo czasu straciłam na banie się, co pomyślą inni. Nie mam na myśli najbliższej rodziny, ale raczej tych znajomych, którzy nie są aż tak blisko, ale mnie znają.
Marta z każdym dniem coraz bardziej dojrzewa do myśli, że własne szczęście jest dla niej ważniejsze niż opinia innych ludzi. I mimo lęku, z nadzieją patrzy w przyszłość.
- Szczerze życzę samej sobie, żeby kogoś znaleźć. Żeby mieć z kim pogadać wieczorem o zwykłych pierdołach. Może muszę jeszcze poczekać? Może po prostu nie trafiłam na tę osobę. Ale wiem i mówię to dziś głośno, może na razie tylko najbliższym przyjaciółkom, że mam prawo jeszcze kochać i nikomu nic do tego. Wierzę, że nadejdzie ten dzień, kiedy „wykrzyczę” to całemu światu.
Natalia, 29 lat
Natalia jak co dzień wyszła do pracy. Jednak tamtego poranka nie opuszczało jej uczucie niepokoju, że coś jest nie tak. Po powrocie do domu odkryła, że mąż odebrał sobie życie. W ich mieszkaniu. Byli 1,5 miesiąca po ślubie. Natalia miała wtedy 21 lat.
- Był to cios. Po pierwsze nigdy nie pomyślałabym, że coś takiego mnie spotka. Po drugie – miałam dopiero 21 lat. Bardzo chciałam dopełnić tę swoją rolę żony. Dopełnić formalności związane z pogrzebem. Przecież to był mój mąż.
Natalia do dziś ma żal, że rodzina męża nie potraktowała jej w tej sytuacji poważnie. Miała wrażenie, że w ich oczach młody wiek i krótki staż małżeński obniżały jej rangę bycia żoną.
- Odniosłam wtedy wrażenie, że rodzina męża w dalszym ciągu uważała, że to oni są najbliższymi osobami Krzyśka i odsunęli mnie od możliwości zakończenia spraw po jego śmierci. Byłam sama przeciwko dużej rodzinie. Czułam się stłamszona i pozbawiona możliwości przeżywania straty na swoich warunkach. Nieuznanie mnie w tej sytuacji za członka rodziny bardzo zabolało. Tak jakby czas, który spędziłam wcześniej z Krzyśkiem, nic dla nich nie znaczył. A przecież chodziliśmy ze sobą od liceum, więc z nimi też byłam zżyta.
Natalia z przykrością przyznaje, że przez długi czas czuła ze strony rodziny męża obwinianie jej o to, co się stało.
- Na początku wydawało mi się, że rodzina zmarłego męża nie ma do mnie żalu, ale dosyć szybko okazało się, że jest inaczej. Czułam, że mają do mnie pretensje. To we mnie szukano powodu, dla którego Krzyś zdecydował sobie odebrać życie. Oni po prostu, tak jak ja, nie potrafili uwierzyć w to, co się stało, więc szukali osoby, na którą mogli przekierować swój ból.
Kontakt Natalii z rodziną męża skończył się po kilku miesiącach.
- Z jednej strony poczułam ulgę, kiedy ta relacja się zakończyła. Z drugiej czuję żal, że kiedy potrzebowałam ich w najtrudniejszym momencie swojego życia, to zostawili mnie samą, zrzucając na mnie winę. Nigdy nie powiedzieli mi tego prosto w twarz, ale dało się to wyczuć. Dochodziły do mnie nieprzyjemne plotki, które oni sami rozpowiadali. Kiedy chodzę na grób Krzysia, staram się wybierać takie pory dnia, kiedy wiem, że ich tam nie będzie. Na początku bardzo się obwiniałam. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogło do tego dojść. Jak mogłam nic nie zauważyć. Po paru latach pracowania nad sobą, chodzenia na terapię, wiem, że nie jestem niczemu winna. Chciałabym jednak może usłyszeć to też od rodziny Krzyśka.
Śmierć Krzyśka zakończyła relacje Natalii nie tylko z jego krewnymi, ale także przyjaciółmi. Ale w tym przypadku Natalia podkreśla, że wycofanie się znajomości było obopólne.
- Najbliżsi przyjaciele Krzysztofa po jakimś czasie też odsunęli się ode mnie, a ja od nich. Na początku przeżywaliśmy to razem, ale każde spotkanie przywoływało we mnie i w nich bolesne wspomnienia. Jeden z kolegów męża wprost powiedział, że nie może się ze mną spotykać, bo to dla niego za trudne. Za bardzo przypominam mu Krzyśka i nie jest w stanie sobie z tym poradzić.
Niedługo po śmierci Krzysztofa dziadkowie Natalii zaczęli zachęcać wnuczkę, żeby jak najszybciej sobie kogoś znalazła. To nie było dla niej łatwe doświadczenie. Ale towarzyszył jej strach, że jeśli zaraz nie zacznie kogoś szukać, to już zawsze będzie sama.
- Tuż po śmierci męża starsze pokolenie mojej rodziny zachęcało mnie, żebym już szukała sobie kolejnego partnera. Chociaż wiem, że robili to z troski, niechcący wzbudzali we mnie uczucia, które mnie przerażały. Bałam się, że już nigdy nie założę rodziny, nie będę mamą, jeśli się nie pospieszę.
Pierwsze dwa lata po śmierci męża były dla Natalii najtrudniejsze. Raczej izolowała się od ludzi. Później powoli zaczęła otwierać się na nowo, ale jak zaznacza, wcale nie czuła, że jej żałoba już się skończyła.
- Na początku chciałam, żeby ludzie widzieli po prostu mnie, Natalię, a nie tę dziewczynę, która straciła męża. Mówi się, że żałoba trwa rok. Kiedy minęły dwa lata, ludzie pytali mnie, jak się czuję, jak sobie radzę, „bo pewnie już lepiej”. A ja szczerze mówiąc, dalej sobie nie radziłam. Ja dopiero raczkowałam w tym powrocie do życia. Taki faktyczny moment, że chcę mieć znowu partnera, był po ponad 3 latach. Z obecnym narzeczonym związaliśmy się też dopiero po ponad 3 kolejnych latach takiego nieformalnego spotykania się. Ten związek zrodził się z przyjaźni. Poznaliśmy się w pracy. To był długi proces wchodzenia w relację. Nie było motylków w brzuchu. Bardzo bałam tej relacji. Z jednej strony cieszyłam się, że wracam do tego aspektu życia, którego mi brakowało, czyli posiadania bliskiej osoby. Z drugiej miałam irracjonalne poczucie, że zdradzam Krzyśka, że może nie powinnam się wiązać. Bałam się też, że znowu kogoś stracę. Kiedy już lepiej się poznaliśmy i zdecydowaliśmy o mojej przeprowadzce do Michała, dopadł mnie duży kryzys. Miałam stany lękowe i depresyjne. Odżyły dawne traumy – cały czas sprawdzałam, czy z moim partnerem siedzącym w pokoju obok coś się przypadkiem nie stało, czy w nocy na pewno oddycha. Wtedy po raz kolejny poszłam na terapię.
Narzeczony Natalii otoczył ją dużym wsparciem. Śmierć jej pierwszego męża nigdy nie była dla nich tematem tabu. Chociaż początkowo Natalia nie chciała, aby towarzyszył jej w odwiedzinach na grobie pierwszego męża, teraz zdarza im się tam pojawiać wspólnie.
- Mój obecny partner sam wyszedł z propozycją odwiedzenia grobu mojego męża. Na początku się przed tym wzbraniałam, ale z czasem Michał dołączył do mnie i teraz pojawiamy się tam również razem.
W obliczu trudnych doświadczeń życiowych, często wydaje się, że nadzieja jest poza zasięgiem. Jednak historia Natalii pokazuje, że życie potrafi zaskakiwać w najbardziej nieoczekiwany sposób.
- Nie ma czegoś takiego, jak brak nadziei. Ja też myślałam, że nigdy już nikogo nie poznam, nie pokocham. Nie będę żoną ani mamą. A życie zaskoczyło mnie w tak niesamowity sposób, że właśnie jestem w miejscu, o którym nigdy nie marzyłam. We wrześniu biorę ślub.
Alicja, 35 lat
W grudniowy poranek Alicja siedziała w pracy, kiedy dostała telefon, że Michał umiera. 30-latka dojechała do domu, kiedy chłopak był już bezskutecznie reanimowany. Wieczór wcześniej jeszcze się przytulali, parę godzin później on już nie żył. 32-latek zmarł na zawał serca. Za dwa dni miał być Nowy Rok, w którym planowali ślub i założenie rodziny. Zamiast tego Alicję w Sylwestra czekał pogrzeb i pożegnanie z mężczyzną, z którym spędziła ostatnich 10 lat życia.
Alicja podkreśla, że pierwszy rok po śmierci Michała był dla niej najgorszy. Na co dzień funkcjonowała na autopilocie. Najtrudniejsze były wszystkie święta i rocznice, do których przywykła, że spędzali je razem.
- Michał zmarł pod koniec 2021 roku. Mieliśmy wejść w nowy rok jako narzeczeni planujący ślub, rodzinę i wspólne życie. Wszystko miało się dopiero zacząć. Zamiast tego nagle trzeba było nauczyć się żyć od nowa samej. Na początku człowiek funkcjonuje trochę jak automat. Budzi się rano, idzie do pracy, wraca do domu, spotyka ludzi, ale w środku ma ogromną pustkę. I to zrozumie tylko ktoś w podobnej sytuacji, tego się nie da opisać. Najtrudniejsze były wszystkie „pierwsze razy” – pierwsze święta, urodziny, rocznice, nawet zwykły pierwszy wieczór po pogrzebie – bez niego.
Jedną z metod Alicji na ucieczkę od przygnębiających myśli było zaangażowanie się w sport.
- Bardzo ratowały mnie góry. Zaczęłam zdobywać Koronę Gór Polski i właściwie każdy weekend spędzałam gdzieś na szlaku. Uciekałam od pustki i od myśli. Ale jednocześnie te wyjazdy bardzo mnie uratowały. W górach człowiek trochę „oddycha inaczej”. W tygodniu praca, po pracy bieganie, rolki, basen, spotkania z przyjaciółmi. Miałam zaplanowany cały tydzień od A do Z, żeby nie robić miejsca na niepotrzebne myśli. Po prostu próbowałam przetrwać i nauczyć się żyć z tym, że ktoś, kto był całym moim światem przez 10 lat, nagle zniknął.
Myśl o tym, że Alicja jest gotowa na to, aby znów „wrócić do życia” rozwijała się powoli. Nie było żadnego nagłego impulsu i decyzji o tym, że kończy etap z napisem „żałoba”. Nie czuła też „gotowości” na to, żeby się z kimś wiązać. Po prostu zaufała swojej intuicji i dała się prowadzić przez los. Otwarcie przyznaje jednak, że długo opóźniała wejście w nową relację ze strachu, co pomyślą o tym inni.
- Dziś wiem, że wiele osób po stracie może mieć podobne myśli, choć mało kto mówi o tym głośno. Miałam w głowie takie poczucie, że „nawet jeszcze nie minął rok, więc nie mam prawa pomyśleć o nowej relacji”. Bałam się, że ludzie pomyślą: „widocznie nie kochała go aż tak mocno, skoro już potrafi się uśmiechać albo spotykać z kimś nowym”. To brzmi irracjonalnie, ale po stracie człowiek bardzo często nosi w sobie poczucie winy. Jakby miał obowiązek cierpieć odpowiednio długo, żeby udowodnić miłość. A przecież miłość do osoby, która odeszła, nie znika tylko dlatego, że człowiek próbuje dalej żyć. Można tęsknić za kimś każdego dnia i jednocześnie nie chcieć zostać samemu do końca życia.
Mimo że w głowie Alicji roiło się od myśli, że społeczeństwo na pewno komentuje jej działania, przyznaje, że osobiście nigdy nie doświadczyła złych uwag pod swoim adresem.
- Wręcz przeciwnie, większość osób mówiła mi, że jestem jeszcze młoda i że powinnam próbować ułożyć sobie życie. Myślę, że ludzie wokół widzieli też, ile mnie to wszystko kosztowało. Bo żałoba nie kończy się po kilku miesiącach. Człowiek po prostu z czasem uczy się ją nosić trochę ciszej.
Po paru latach Alicja dała sobie szansę na poznanie nowej osoby. Przyznaje jednak, że powrót do świata randkowania był dla niej zdecydowanie trudniejszy niż się spodziewała. Zmieniła się ona, zmienił się też sposób, w jaki ludzie się poznają.
- Miałam 30 lat, kiedy zmarł mój narzeczony, a poznaliśmy się, kiedy miałam 20 lat, więc właściwie całe moje dorosłe życie było związane z nim. Dorastaliśmy razem, planowaliśmy wspólną przyszłość, ślub, rodzinę. Michał był naprawdę wyjątkowym człowiekiem. Bardzo dobrym, ciepłym, takim „bezpiecznym”. Idąc na pierwsze randki po jego śmierci, nie porównywałam innych mężczyzn do niego. Każdy człowiek jest inny i nigdy nie chciałam nikogo mierzyć miarą Michała. Bardziej marzyłam o tym, żeby znów poczuć spokój, lekkość, radość życia. Żeby przy kimś znowu chcieć wracać do domu. Ale szczerze? Randkowanie po trzydziestce jest chyba dużo trudniejsze. Każdy ma już swoje przyzwyczajenia, swoje schematy, swoje doświadczenia i trochę zbudowane wokół siebie mury. Ja też je mam. I może zabrzmi to zabawnie, ale dziś naprawdę częściej wolę się po prostu wyspać, niż siedzieć do nocy i pisać wiadomości. Chyba zrobiłam się bardziej spokojna. Bardziej cenię ciszę, święty spokój i prawdziwą obecność niż wielkie słowa. Może po prostu jestem takim typem człowieka.
Aktualnie Alicja jest w związku z Mariuszem, którego poznała w aplikacji randkowej. Nie ukrywa jednak, że presja społeczna, jaką nakłada się nie tylko na wdowy, ale po prostu na singielki w dojrzałym wieku, odbiera prawdziwą radość z trwania w tej relacji. W głowie zaczynają się rodzić pytania, czy relacja, którą tworzy, jest tym, czego chce, czy tym, czego się od niej oczekuje.
- Jestem obecnie w relacji, ale czasami sama się zastanawiam, czy bardziej nie z rozsądku, niż z wielkiej miłości. Myślę, że ogromną rolę gra też presja społeczna. W pewnym wieku wszyscy wokół mają już dzieci, domy, rodziny. Człowiek zaczyna się bać, że jeśli teraz nie ułoży sobie życia, to już nigdy mu się to nie uda. A jednocześnie po takiej stracie bardzo trudno uwierzyć, że można jeszcze raz pokochać równie mocno i równie spokojnie.
Alicja, w przeciwieństwie do pozostałych bohaterek reportażu, nie spotkała się z przykrymi reakcjami ze strony otoczenia. Krewni jej zmarłego narzeczonego okazali jej duże wsparcie, co nie zawsze, jak pokazują pozostałe historie, jest takie oczywiste.
- Mój narzeczony był jedynakiem. Rok po jego śmierci zmarł także jego tata. Jego mama została sama ze swoją ponad 90-letnią mamą. Do dziś utrzymujemy kontakt. Staram się je odwiedzać mniej więcej raz w miesiącu. I zawsze jestem tam ciepło przyjęta. Nigdy nie czułam się przez nich odrzucona. Wręcz przeciwnie. Ale co ciekawe, kiedy tam jestem, praktycznie nie rozmawiamy o Michale. Sama czasem nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Może każda z nas próbuje chronić drugą przed bólem. Może są rzeczy, których po prostu nie trzeba wypowiadać na głos, bo i tak wszyscy je czują.
Mimo tego Alicja nie uniknęła trudnych emocji związanych z relacją „wdowa” – „teściowie”. Obawa przed zranieniem bliskich, którzy również przeżywają stratę, sprawia, że temat nowego związku staje się niewypowiedzianym ciężarem.
- Moja niedoszła teściowa zawsze powtarza mi, że powinnam sobie jeszcze ułożyć życie, że jestem młoda i że Michał na pewno też chciałby, żebym była szczęśliwa. I wierzę, że mówi to szczerze. A mimo tego nigdy nie przedstawiłam jej mojego obecnego partnera. Mam w sobie chyba taki lęk, że nawet jeśli ona mnie wspiera, to gdzieś w środku mogłoby jej po prostu pęknąć serce. Bo niezależnie od upływu czasu, dla niej też zatrzymał się cały świat wtedy, pod koniec grudnia 2021 roku.
Reportaż o losach bohaterek dobitnie obnaża naszą społeczną trudność w radzeniu sobie z cudzą żałobą. Zamiast realnego wsparcia, młode wdowy często otrzymują od otoczenia nietaktowne komentarze i surowy podział na to, co „wypada”, a co nie. O to, dlaczego tak łatwo przychodzi nam ocenianie cudzego dramatu i jak mądrze towarzyszyć osobie po stracie, zapytałam Anitę Odachowską, autorkę książki „Być (młodą) wdową”.
Magdalena Łoboda: Skąd w społeczeństwie bierze się poczucie przyzwolenia na komentowanie życia wdowy i sposobu, w jaki przechodzi przez żałobę?
Anita Odachowska: Społeczeństwo daje sobie prawo do komentowania życia wdowy, bo wdowieństwo wciąż jest obudowane bardzo silnymi kulturowymi wyobrażeniami o tym, jak kobieta „powinna” wyglądać, cierpieć i jak długo ma to robić. Przez stulecia funkcjonował przekaz, że żałoba wdowy ma być widoczna, długa i społecznie kontrolowana, a ślady tego myślenia nadal są w nas obecne, nawet jeśli dziś rzadko wypowiada się to oficjalnie i wprost. Ktoś taki jak młoda wdowa często nie mieści się ludziom w głowie, bo nie pasuje do stereotypu „wdowy”, czyli starszej pani, samotnej już do końca życia, więc otoczenie próbuje porządkować jej życie własnymi normami, ocenami i oczekiwaniami. Z tym tematem mierzę się na wszelkie możliwe sposoby w mojej książce „Być (młodą) wdową”.
M.Ł.: Z jakich powodów część rodziny lub znajomych decyduje się na odcięcie od wdowy?
A.O.: Część bliskich odcina się nie dlatego, że cierpienie wdowy nic dla nich nie znaczy, ale dlatego, że sami nie radzą sobie z własnym lękiem, bezradnością i bólem. Czasem szukają winnego, szczególnie po śmierci nagłej albo samobójczej, a najbliżej tej tragedii stoi właśnie partnerka zmarłego. Innym razem po prostu nie wiedzą, jak być obok, bo boją się rozmowy o śmierci, własnych emocji albo tego, że nie uniosą cudzego cierpienia, więc wybierają dystans. Zdarza się też, że z relacji odpadają osoby patrzące na wdowę przez pryzmat stereotypów, zazdrości albo poczucia zagrożenia. A bywa i tak, że miesza się wszystko naraz.
M.Ł.: Co sprawia, że tak bardzo obawiamy się rozmawiać z wdowami o tym, co się wydarzyło?
A.O.: We współczesnej kulturze śmierć, umieranie i myśl o naszej śmiertelności zostały wypchnięte z naszej codzienności i straciliśmy język, którym potrafilibyśmy rozmawiać na te tematy. Wielu ludzi boi się, że „powie coś nie tak”, że rozdrapie ranę albo wywoła płacz, choć dla osoby w żałobie dużo bardziej bolesne, nawet od nieporadnej rozmowy, bywa właśnie milczenie i unikanie tematu. Dodatkowo, rozmowa o śmierci konfrontuje nas też z naszą własną kruchością, dlatego łatwiej jest zmienić temat albo odsunąć się od osoby w żałobie, niż po prostu pobyć z kimś w tym cierpieniu.
M.Ł.: Jakie czynniki decydują o tym, że społeczeństwu tak trudno zaakceptować widok wdowy, która ponownie się zakochuje?
A.O.: Niestety, nadal pokutuje przekonanie, że prawdziwą miłość do osoby zmarłej trzeba udowadniać długością i widocznością cierpienia po tej stracie. W takim myśleniu nowa relacja bywa błędnie odczytywana jako zdrada pamięci o zmarłym, chociaż naprawdę można jednocześnie kochać osobę, która odeszła, i otwierać się na życie dalej. Historie bohaterek tego reportażu pokazują bardzo wyraźnie, że największą przeszkodą często nie jest brak gotowości na bliskość, ale lęk przed społecznym osądem i poczucie winy wywołane tym wszystkim, o czym mówiłam wcześniej.
M.Ł.: W jaki sposób otoczenie powinno się zachowywać i jak realnie wspierać wdowy? Co warto mówić, a jakich słów bezwzględnie unikać?
A.O.: Najbardziej wspierające jest nieocenianie wdowy i niewyznaczanie jej ram czasowych pod tytułem „już powinnaś” albo „jeszcze nie powinnaś”. Tak naprawdę, dotyczy to wszystkich osób w żałobie, nie tylko wdów. Choć warto podkreślić, że wdowy, zwłaszcza te młode, stanowią tutaj mocno wyróżniającą się grupę, a moja obserwacja tego faktu zaowocowała właśnie książką, którą napisałam.
Chcąc wesprzeć osoby w żałobie, warto powiedzieć po prostu: „jestem, jeśli mnie potrzebujesz” (tylko naprawdę wtedy trzeba być), „pamiętam, myślę o Tobie”, „możesz o nim przy mnie mówić”, a zamiast ogólnego „daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała” lepiej zaproponować konkretną pomoc, na przykład zakupy, odebranie dzieci ze szkoły czy przedszkola, telefon wieczorem czy towarzyszenie w formalnościach. W tym emocjonalnym kryzysie, jakim jest żałoba, i realnym stanie zaburzenia homeostazy organizmu, te najbardziej przyziemne rzeczy – choć dla części osób mogą być „wybawieniem” i źródłem ucieczki od myślenia o stracie, jednak dla większości – potrafią być ogromnym obciążeniem.
Trzeba też dać wdowie prawo do wszystkich emocji, do mówienia o zmarłym, do gorszych dni, ale też do uśmiechu i śmiechu. No i do nowego uczucia – bez komentowania i oceniania, czy to już „wypada”. A jeśli widzimy, że cierpienie ją przerasta, że nie radzi sobie w codzienności albo pojawiają się objawy depresyjne i myśli rezygnacyjne, najlepszym wsparciem jest delikatne zachęcenie do profesjonalnej pomocy i pomoc w jej zorganizowaniu.
*Imiona bohaterek reportażu i ich bliskich zostały zmienione.
Gdzie szukać pomocy?
Jeśli ty lub ktoś z twoich bliskich zmaga się z kryzysem emocjonalnym lub chorobą psychiczną, skorzystaj z pomocy specjalistów. Oto kilka miejsc, gdzie można uzyskać wsparcie:
- 116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży (czynny całą dobę)
- 800 702 222 – Centrum Wsparcia dla Osób w Kryzysie Psychicznym (darmowa pomoc psychologiczna, 24/7)
- 22 484 88 01 – Telefon dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym (czynny codziennie w godzinach 14:00-22:00)
- www.pokonackryzys.pl – strona internetowa z bazą wsparcia psychologicznego
O ekspertce
Anita Odachowska - wdowa, autorka podcastu „Po tej stronie”, założycielka grupy wsparcia dla wdów i kobiet, które straciły partnera. Z wykształcenia polonistka i teoretyk filmu, wieloletnia dziennikarka, właścicielka firmy Fabryka Słowa. Prezeska Stowarzyszenia „Po tej stronie”. Napisała książkę „Być (młodą) wdową”, która jest drogowskazem dla kobiet po stracie męża/partnera.
